Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z archiwum B czyli wykrojone z Burdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z archiwum B czyli wykrojone z Burdy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 marca 2014

Ostatni (i niestety niezbyt udany) eksperyment zimowy

Dzień dobry!

Moje lenistwo przebija chyba wszystko .. nowego Merrylocka mam już od kilku tygodni i dopiero ruszyłam. 
Ale może dlatego tak zwlekałam, bo prawie od początku czułam, że sukienka, za którą się wzięłam może nie wyjść.
No i faktycznie średnio jestem zadowolona.
Był to ryzykowny pomysł niestety, ale liczyłam, że jednak ryzyko się opłaci.
No i już wiem dlaczego nie szyje się sukienek z polaru. To raz. (chyba, że ktoś zna sposób na to, żeby się nie elektryzował AŻ TAK)?
A dwa - już wiem jaka jest wytrzymałość Merrylocka .. 6 warstw polaru to już ledwo ledwo ..
Największy problem miałam z zaszewkami na rękawach. Niby zdawałam sobie sprawę, że ten materiał jest za gruby .. niby można było to przewidzieć ... 
Eeeh. Ale tak to czasem u mnie jest, że robię coś, co nie do końca ma sens i potem mimo, że spodziewałam się klapy to rozczarowanie jest.
W związku z powyższym nie chciało mi się już wykańczać brzegów, bo ... trzeba przewlec maszynę na coverlocka. No i nie wiem czy w ogóle to założę ..

Wykrój 0010B z Burdy "Klasyka" nr 2/2014

No to czas zwizualizować moją porażkę:






No. Miejmy nadzieję, że następny raz będzie bardziej udany!
Pozdrawiam
Mrau

czwartek, 19 grudnia 2013

Płaszczyk

Dzień dobry!

Płaszczy u mnie chyba jeszcze nie było :) a uszyłam ich kilka ... tylko żadnego nie noszę ...
Dziś pokażę jeden z moich uszytków archiwalnych czyli z wykroju z Burdy, tym razem napiszę z której - 1/99, model 113/114

Płaszcz uszyty z dziwnego tworu ... czyli czegoś a'la sztuczny zamsz podklejony .. polarem.
Taki miks ma swoje zalety ale i wady ..
Zauroczył mnie, bo umożliwiał uszycie płaszcza jednocześnie ciepłego i zgrabnego, ale przy szyciu (i po) klęłam jak szewc ..
A dlaczego? Bo 2 warstwy tego czegoś na szwie wyglądały .. grubo a 3 warstwy uniemożliwiały mi stębnowanie .. więc .. podcinałam na wszystkich długościach szwów ten spodni polarek, co znacznie wydłużyło mi szycie.
Do tego ten cholerny klej ..
Musiałam płaszcz płukać jakieś 16 razy żeby całość w końcu spłynęła  .. po każdym płukaniu pozostawały plamy więc płukałam i płukałam ... i w końcu tak go znielubiłam, że schowałam głęboko w szafie.
A jak sobie o nim przypomniałam to już się zrobił trochę za mały ...

No ale pokazać mogę :)





Pozdrawiam
Mrau

poniedziałek, 15 lipca 2013

Spodnie też czasem szyję ..

Dzień dobry!

Dziś na szybko pokażę uszytek archiwalny, który znalazłam poszukując w szafie spodni nadających się na lato.
Wygrzebałam, zadowolona,  już chciałam założyć i uuups .. za długo leżały w tej szafie a moje 4 litery się za bardzo się rozpasały .. już nie wejdę, buuuuu!


Spodenki bardzo fajne na lato, bo uszyte z lnu (len identyczny jak ten pseudo zielony, z którego szyłam niedawno sukienkę tylko kolor inny) i do tego mają z przodu wywietrzniki


Spodnie uszyte na podstawie wykroju z Burdy, tradycyjnie nie pamiętam z której.
Wykrój jednak lekko zmodyfikowałam, chciałam, żeby tył nawiązywał do tego, co się dzieje z przodu i zamiast klasycznych zaszewek wymodelowałam takie oto cięcie:


Kiedy je uszyłam nie ponosiłam ich długo, nie spodobały mi się wtedy takie szerokie nogawki ... i szkoda, bo teraz mogę już na nie tylko patrzeć ;)


Przydałyby mi się teraz .. no cóż, trzeba uszyć nowe :)

sobota, 25 maja 2013

Burdowy tulipan

Follow my blog with Bloglovin
W ramach rehabilitacji za zwlekanie ze zlotowymi sukienkami zaprezentuję jeden z moich wcześniejszych uszytków - burdową kieckę-tulipana.
Uszyta na jakąś uroczystość rodzinną.
Szkoda tylko, że materiał trochę kiepskiej jakości, mimo, że kolory i wzór ekstra to jakość nie zachęca do noszenia :(


Jak zwykle trochę wymiętolona .. wyciągnęłam ją z szafy w poszukiwaniu zastępstwa w razie gdybym nie zdążyła z uszyciem lnianej ..

Wykrój z Burdy 5/2009

Najwięcej trudności sprawiły mi chyba rękawy ... niby łatwiejsze, bo nie trzeba wszywać rękawa w obwód pachy, ale przy szyciu tego kliniku trochę się naklęłam ..

Nie obyło się i bez wpadek - nie jestem zadowolona w 100% z wszytego zamka, ale to był chyba pierwszy, który wszyłam w "prawidłowy" sposób, a nie jak poprzednie - systemem kombinowanym.
A i jeszcze jedna wpadka - na szybko podszyty dół .. źle to wygląda ale już mi się nie chce poprawiać :D jak zaplanuję ją ponownie założyć to przeszyję ją ze stopką do obszywania ..


Dziś notka wyjątkowo krótka, nie chce mi się pisać ani nic innego .. obudziłam się chora .. super prezent na urodziny :( dobrze, że jest sobota i mogę się wybyczyć ...

Pozdrawiam
Mrau

Edit :)
W związku z tym, że na prośbę forumowej koleżanki robiłam foty "na ludziu" udostępniam również i tutaj:






Pozdr!


niedziela, 21 kwietnia 2013

To już prawie koniec ...

Witam po dłuższej przerwie

Przerwa spowodowana była przeciągającą się pracą nad moim zabytkiem.
Niech mnie ktoś następnym razem powstrzyma, gdy zachce mi się takich przeróbek. Jest to pracochłonne i niezwykle wkurzające ..
Zwłaszcza przerabianie tak spartolonego szycia :D

Efekt jest jaki jest .. niestety, nie da się naprawić wszystkiego. Ale w sumie nie wyszło chyba najgorzej ...

A oto co zrobiłam:

Wyprułam podszewkę na spodzie i w rękawach
Zwęziłam żakiet w talii, we wszystkich szwach. W sumie o dobre 8 cm (nie za dużo?)
Aby to zrobić musiałam podpruć kieszenie, bo niestety zachodziły odrobinę na szwy boczne.
Podniosłam ile się dało podszewkę w rękawach (po skurczeniu strasznie ciągnęła) ale i tak nie wystarczyło ..
Zwęziłam odrobinę rękawy, skróciłam trochę łuk tylnego szwu rękawów ... trochę zniwelowało ciągnięcie, ale nadal nie jest idealnie.
Wyrównałam trochę dół z przodu i tyle ile mogłam brzegi pod zapięciem (nie wiem jak ja to szyłam, ale było cholernie krzywo)
No i niby tylko tyle .. ale zajęło to strasznie dużo czasu. Prucie :(
I nadal nie jestem zadowolona do końca.
Ale żakiet już się prezentuje w miarę, już nie przypomina stroju klauna.
Jeszcze nie wszyłam z powrotem podszewki na dole, bo nie jestem pewna, czy nie można zrobić czegoś więcej...
Bo z tyłu niestety żakiet nie prezentuje się najlepiej .. te nieszczęsne rękawy ...


Na zdjęciu tył w ogóle nie wygląda zachęcająco, ale to dlatego, że jednak mam te kilka cm więcej w biuście od manekina, na mnie tak nie wisi. Jednak rękawy straszą.
Niby nie widać tego bardzo jak się go założy, ale ważne,  że JA wiem ... i to mnie męczy.

Myślałam o wszyciu dodatkowego paska podszewki w rękawach, by ją przedłużyć, ale nie mam już takiej samej i nie chcę, żeby po wszyciu innej źle to wyglądało .. ale może to lepsze wyjście niż zostawić to tak?

W każdym razie, na obecną chwilę różnica jest już znaczna:


Jak myślicie, mogę się już w nim pokazać czy jednak poprawić te rękawy?
A może macie jakiś pomysł/poradę?

A i jeszcze mały gratis na dziś - moja asystentka:


Czekam na wszelkie sugestie :)

sobota, 6 kwietnia 2013

Żakiet prawie pełnoletni ...

W święta odwiedziłam rodziców, jak zwykle. Jak to w święta, dużo rozmów, jedzenia, śmiechu .. właściwie nie było czasu na nic innego.
Ale znalazłam chwilę na pogrzebanie w moich skarbach. I wygrzebałam TO:


Wygląda żałośnie. Ale to jest najprawdopodobniej mój pierwszy uszyty żakiet :)
Zapewne pomagała mi jeszcze mama, co nie uchroniło mnie od wielu, wieeelu błędów.
Nie wiem jak moja mama wytrzymywała moją naukę szycia, ja byłam dość uparta i czasem puszczałam jej rady mimo uszu. Co się później kończyło różnie, najczęściej źle ;)

Żakiet przywiozłam ze sobą, wyprałam (pierwszy raz ... do tej pory założyłam go może raz i wylądował w szafie i tak sobie tam wisiał ...) i jak widać, od razu jeden z moich błędów dał o sobie znać - skurczona podszewka w rękawach (na kadłubku na szczęście był zapas).
Ale mam plany  dotyczące tego "dzieła". Chciałabym ten żakiet trochę naprawić i przystosować do noszenia. Ciekawe czy mi się uda :D


Czy warto? Nie wiem, ciężko mi powiedzieć, czy będę go nosić, ale spróbuję.
Chciałabym na pewno poprawić rękawy (na szczęście jest zapas w rękawie, wystarczy wypruć podszewkę i wszyć ją dalej) i trochę dopasować żakiet do talii.
Może dziwne się wydawać, że jest on taki duży i luźny skoro ja będąc nastolatką byłam chudsza od manekina, ale ... po pierwsze w latach 90 panowała moda na takie pseudo męskie fasony a po drugie ... no cóż .. moja głupota :D
Mając naście lat zabierałam się do szycia trochę bezmyślnie :) krojąc żakiet, za namową mamy zostawiałam dosyć spore zapasy na szwy (ok 1,5cm) żeby w razie czego było co poprawiać, ale szyjąc już o tym nie pamiętałam i jak znam siebie z tamtych czasów to szwy mają mniej niż centymetr ... i takim oto sposobem wyszedł mi wór :)
Tyle, że teraz ten wór jest całkiem w moim rozmiarze, tylko trochę bezkształtny. Jeśli mi się uda dopasować go delikatnie w talii powinien całkiem nieźle wyglądać. Chciałabym nosić go jako okrycie wierzchnie, na ciepłą wiosnę (której chyba wszyscy nie możemy się doczekać :) )


I jeszcze na koniec, zdjęcie ostrzegawcze - jak nie należy wykańczać podszewki :D
Ale jak byłam beztroską nastolatką to mało mnie obchodziło co jest w środku, skoro tego nie widać ;)

Mój blog staje się po trochu poradnikiem jak NIE należy szyć, ale może w taki pokrętny sposób ktoś jednak z tego skorzysta ;) ja skorzystałam już dawno, ciągle uczę się na swoich błędach :)

Pozdrawiam weekendowo!





niedziela, 17 marca 2013

A tym razem coś innego

W trakcie tworzenia tego bloga przypominam sobie o kolejnych moich archiwalnych uszytkach i po kolei je wygrzebuję .. do tej pory królowały u mnie sukienki, więc czas na coś innego.
Tym razem wygrzebałam komplet jeansowy, który zapomniany wisiał w ciemnym kącie szafy.
Często zdarzało się, że po uszyciu czegoś nie byłam do końca zadowolona i ... założyłam to raz, albo wcale.
Tak też było z tym kompletem.
Spodnie założyłam może 2 razy, żakietu nigdy. Spodnie były więc prane, przez co widać delikatną różnicę w kolorze ...
W sumie nic dziwnego, że nie chciałam tego nosić jako komplet - wygląda trochę jak strój roboczy pracownika statku ;) .. ale osobno czemu nie?
Tylko teraz w spodnie już nie wejdę (nawet na manekin ledwo je naciągnęłam) ale żakiet być może się jeszcze przyda.


Z tyłu właściwie nic ciekawego nie ma, ale skoro już dokumentować to z każdej strony ;)


Na przykładzie tego kompletu widać jakiego mam fioła na punkcie wzorów ... paski muszą się zgadzać i już!
Dobrze jest zwracać na to uwagę (w sklepach czasem łapię się za głowę widząc rozchodzące się wzory) ale u mnie dochodzi czasem do przesady i potrafię poświęcić mnóstwo czasu, by dopilnować, żeby wzory mi się nie rozjeżdżały ;)



No i jeszcze ostatnie ujęcie ...


Na dzisiaj to już wszystko. Muszę w końcu zamienić archiwalne eksponaty na coś nowego ;)

sobota, 16 marca 2013

Kolejna sukienka do kolekcji

Sukienki to chyba mój ulubiony temat szyciowy. A przynajmniej jeden z ulubionych.
Może dlatego, że ogólnie szyję dość rzadko, ze względu na natłok zajęć przeróżnych i lenistwo, ale gdy potrzebuję kreację na specjalne okazje to jednak łatwiej jest uszyć niż znaleźć coś w sklepach.
W przeciwieństwie do odzieży codziennej, którą zazwyczaj kupuję za grosze na wyprzedażach znajdując bez problemu coś na swój rozmiar, sukienki wieczorowo-okazyjne są zazwyczaj po pierwsze drogie a po drugie szyte na dziwne figury. Ja mimo, że nie należę do biuściastych często mam problem zmieścić górę w sukienkę. Albo mam balon na dole. A jak już mam przerabiać kupną sukienkę to wolę sobie uszyć od podstaw. I taka to motywacja zwykle skłania mnie do uszycia kolejnej kreacji na specjalną okazję.
Ta była szyta na szybko. Zostałam zaproszona na wesele przez kolegę na 3 dni przed (w zastępstwie ;) ).
W czwartek biegałam po sklepach licząc na jakiś łup wyprzedażowy. Po czwartkowej porażce zakupowej, w piątek po pracy zajrzałam do sklepu z tkaninami. Kupiłam kawałek koronki, która mnie zachwyciła, kawałek tafty w moim ulubionym kolorze, kawałek fiszbiny i zamek. W piątek ok 18 zasiadłam do szycia, w sobotę ok 12 musiałam być gotowa. To był chyba mój najbardziej ekspresowy uszytek.
Tempo niezłe, biorąc pod uwagę to, że musiałam jeszcze wymodelować odrobinę wykrój. Bo użyty przeze mnie wykrój z Burdy nie miał cięcia na przedniej części. Przeniosłam też zaszewki. Niby nic takiego, ale wymagało dodatkowych minut, których miałam wtedy mało.
Efekt - sukienka prosta, ale dzięki koronce ma to coś.


Właściwie miałam sporo szczęścia, że tą koronkę znalazłam. W tamtych czasach (czyli ok 6 lat temu) wybór w sklepach był dosyć mizerny, coś takiego trafiało się rzadko, a i niestety nie kosztowało mało. Mimo tego, że kupiłam tylko pół metra koronki i metr tafty całość wyniosła mnie ok 50zł. Jak na uszytą własnoręcznie sukienkę, w dodatku tak "małą" to całkiem sporo.  Ale ostatecznie byłam zadowolona.
Koronka ma wplecione połyskujące nici w kilku kolorach, wygląda to fajnie, bo nie świeci się nachalnie, ale delikatnie mieni. Zdjęcie niestety nie oddaje w 100% tego efektu.


Niestety, jak to u mnie zwykle bywa, nie jest uszyta idealnie. W tamtych czasach nie "ogarnęłam" jeszcze jak powinno się prawidłowo wszywać zamek kryty. Nie wiedziałam nawet o istnieniu takich cudów jak stopka do zamków krytych. Radziłam sobie więc jak mogłam.
Na szczęście efektowny brzeg koronki odwraca uwagę od zamka ;)


Dzięki wszytym w szwy zaszewek fiszbinom sukienka trzymała się tam, gdzie powinna, więc bawiłam się nieźle, nie musząc co chwilę niczego poprawiać ;) Nie wiem, czy zrobiłam to dobrze, ale swoją rolę spełniło więc nie zaprzątałam sobie tym głowy.
Na Loli sukienka może nie układa się idealnie, bo właściwie ledwo dopięłam ją na górze i trochę ciągnie (jestem zaskoczona, że jeszcze 6 lat temu byłam takim szczypiorem ;) ), poza tym nie wyprasowałam jej przed zdjęciem. Założyłam ją tylko raz, więc od tej pory wisi w szafie ...


Hmm .. znów pokazałam zabytek ... niestety ostatnio jestem dosyć zajęta i jakoś nie mam weny .. ale postaram się niedługo pokazać coś nowego ...

niedziela, 24 lutego 2013

I jeszcze taki drobiazg na dziś

Już trzeci post dzisiaj ;) oby tak dalej :D
Przy okazji poszukiwań złotej sukienki trafiłam jeszcze na jeden mój uszytek.
Nic takiego, nic trudnego, ale tak czy siak chciałabym udokumentować w końcu wszystko, co udało mi się uszyć kiedykolwiek ...  więc dziś jest dzień tej bluzki


Wykrój wiadomo ... z Burdy ;)
Właściwie tylko takich używałam, poza tym, Burdowe uszytki są odpowiednio oznaczone, więc może w końcu przestanę to pisać w każdej notce ;)
Tym bardziej, że tradycyjnie, nie pamiętam z której.
W Burdzie ten wykrój prezentowany był w dwóch wersjach - bluzka i sukienka. Obie wersje z krótkim rękawkiem. Do mojej bluzki musiałam go więc przedłużyć.
Ta koronka leżała u mnie długo. Nie wiedziałam co z niej uszyć i właściwie ta bluzka też jakoś nie przypadła mi do gustu, założyłam ją może 2 razy (oczywiście z koszulką pod spodem ;) ).
Ale bardzo podoba mi się krój bluzki, zwłaszcza dekolt. Warto więc o nim pamiętać na przyszłość :)

Jeszcze ostatnie zbliżenie ...


Na dzisiaj to będzie już chyba ostatnia notka ...
Ale na pewno nie ostatnia w ogóle!

A skoro jesteśmy w temacie drapowania ..

Przypomniała mi się pewna sukienka uszyta jakiś czas temu na sylwestra.
Sylwester to jedyny dzień w roku, kiedy jestem skłonna założyć na siebie taki kolor ;)
Wprawdzie już dawno po Sylwestrze, ba, po karnawale .. ale pochwalić się można ;)


Zdjęcie robiłam na balkonie, a że dzień dziś wietrzny sukienka niestety nie chciała zaprezentować się odpowiednio, dół  fruwał na wszystkie strony. Ale widać co i jak :)
Wykrój oczywiście z Burdy i oczywiście nie pamiętam z której. Jak znajdę to na pewno uzupełnię.
Jedyne co pamiętam to to, że wykrój przeznaczony był dla małych kobietek, musiałam więc dostosować go do mojego wzrostu. Postąpiłam wg wskazówek Burdy, dostępnych w co którymś wydaniu.
Sukienka niestety jest kolejną uszytą z błędami .. teraz pewne rzeczy zrobiłabym inaczej, no ale to takie tam drobiazgi ;) chciałam zwrócić uwagę przede wszystkim na te wszystkie zakładki i marszczenia.
Trochę pracy mnie kosztowała, ale efekt mile mnie zaskoczył :)


Niestety, od pamiętnej imprezy wisi w szafie. Nie bardzo mam gdzie w niej wyjść ... chyba, że kolejny Sylwester ;)

sobota, 16 lutego 2013

Witam weekendowo :)
Dzisiaj znów wrócę do przeszłości i pokażę sukienkę, którą uszyłam już jakiś czas temu. Na pewno 7 albo i więcej lat temu.
Sukienka była mi potrzebna na jakąś okazję typu ślub+wesele, po nieudanych poszukiwaniach w sklepach musiałam na ostatnią chwilę jednak coś uszyć. Szyta była więc niestety na szybko. To, plus moje wrodzone roztrzepanie spowodowało niestety kilka błędów. 
Ale o tym poniżej ...


Korzystałam z wykroju z Burdy, jak znajdę z której oczywiście dodam tą informację.
Sukienka trochę wymiętolona i się nie układa jak powinna. Wygnieciona dlatego, że długo leżała w szafie gdzieś wciśnięta w ciemny kąt (a mi się nie chciało jej wyprasować), a nie układa się niestety na skutek mojego błędu.
Otóż szyjąc ją na szybko zapomniałam o zdekatyzowaniu podszewki. A to spowodowało, że po praniu trochę się skurczyła no i niestety, ciągnie sukienkę we wszystkie strony.
Gdybym chciała ją założyć ponownie musiałabym wypruć całą podszewkę, co mi się nie uśmiecha. Ale i tak sensu by to nie miało, bo trochę z niej już wyrosłam ;)
Sukienka ma ciekawy krój, żakardowe części przodu są przedłużone i spięte z tyłu w postaci paska.
Wygląda to tak:


Na tym zdjęciu widać niestety mój kolejny błąd - w tamtych czasach nie opanowałam jeszcze wszywania zamka krytego, robiłam to po swojemu. Niby działa, ale nie wygląda tak, jak powinno.
Dzisiejszy post można więc traktować trochę jak przestrogę, czego nie należy robić albo o czym nie należy zapominać podczas szycia ;)

Na koniec jeszcze zbliżenie dekoltu. Bardzo podoba mi się ten krój, jest efektowny ale kosztował mnie jednak sporo pracy, co nie jest wskazane gdy szyje się coś "na już".


Niestety, jak widać, po skurczeniu się podszewki sukienka nadaje się tylko do sprucia ...

Żeby nie było tak pesymistycznie postaram się, by następna notka dotyczyła czegoś bardziej udanego ;)




czwartek, 8 listopada 2012

A tak szyję dzisiaj - czyli mój ostatni uszytek.

Dziś mam wyjątkowo dużo czasu. Siedzę chora w domu i do niczego się nie nadaję. Jak wstanę to mi się w głowie kręci, więc siedzę przy komputerze i przy okazji piszę.
Teraz dla kontrastu pokażę mój najnowszy uszytek.
Chociaż gdyby wziąć pod uwagę czas rozpoczęcia to wcale taki nowy nie jest ;)
Sukienka przeleżała swoje (jak wiele moich dzieł) i w końcu nadszedł taki moment, gdy stwierdziłam, że chcę ją koniecznie mieć w szafie. No ale niestety, od czasu, gdy ją zaczęłam szyć moje wymiary się odrobinę zmieniły, musiałam więc troszeczkę ją zmodyfikować. Dużo zrobić się nie dało niestety. Sukienkę mogę założyć, jest jednak dosyć mocno dopasowana. Przede wszystkim na górnej części ciała.
No cóż, taką cenę płaci się za lenistwo ;)


Jak widać, sukienka na Loli nie układa się idealnie .. jednak na żywym ludziu jest trochę inny efekt.
I to mi też uświadamia, że coraz bardziej się rozmiarowo od Loli oddalam ;)


Najwięcej kłopotów było z odszyciem dekoltu, taki kształt jest bardzo efektowny, jednak bardzo łatwo jest spaprać sukienkę, trzeba bardzo uważać, by nie rozciągnąć materiału w tym miejscu, bo dekolt będzie odstawał.
Ciężko się również szyło ramiączka. Zwłaszcza, że materiał jest gruby i sztywny (jeans).
Na szczęście to już moja druga sukienka z tego wykroju stąd wiedziałam co i jak :)
Również z tego powodu, że użyłam wykroju już dawno skopiowanego z Burdy nie jestem w stanie podać jej numeru. Pamiętam jedynie, że sukienka była na okładce i miała chyba kolor różowy.



Muszę się przyznać do czegoś - mimo, że uszyłam w swoim życiu już sporo sukienek ta jest pierwszą, w której poprawnie wszyłam zamek kryty.
Niestety (a może na szczęście?) ciągle uczę się szyć ...
Jako amatorka, nauczona szycia również przez amatorkę pewne rzeczy odkrywam bardzo późno.
Poza tym, cierpię na syndrom "najpierw zrobię, potem pomyślę co zrobiłam". Na szczęście z wiekiem trochę mi przechodzi i teraz wolę się zastanowić na spokojnie co i jak, a potem ostrożnie zrobić raz, a dobrze.

Na pewno pokażę jeszcze sporo uszytków na bazie wykrojów z Burdy, będą to jednak albo moje zabytki albo rzeczy, które tak jak ta sukienka leżą już skrojone i czekają na uszycie.
Obiecałam sobie, że każdą następną rzecz (no, może oprócz okryć wierzchnich), którą zacznę, zrobię sama od podstaw :) w końcu kurs zrobiony i trzeba korzystać!

Na początku był chaos ... i piżamki

Znalazłam. Najstarszy mój uszytek :)
Czy to jest ten pierwszy nie pamiętam.
Pamiętam tylko, że na początku, jak już przeszłam etap dziurkowania kartek w kratkę, mama pozwalała mi szyć tylko piżamki/koszulki nocne.
Miała ogromne zapasy różnych wzorzystych bawełenek i z nich mogłam wybierać i przebierać. Inne tkaniny były dla mnie niedostępne.
Oczywiście bawełny te nadawałyby się na normalne ubrania, zwłaszcza sukienki letnie, ale jak zobaczycie moje pierwsze dzieło zrozumiecie, że moja mama mądrą kobietą jest :)


Koszulinka uszyta oczywiście z wykroju Burdy, ale niestety, nie jestem w stanie napisać, z którego numeru.
O ile dobrze pamiętam było to jedno z letnich wydań a wykrój przeznaczony był do uszycia uroczej, zwiewnej sukienki.




Jak widać, koszulka wyszła baardzo luźna. Mimo, że w tamtych czasach byłam na pewno drobniejsza od Loli, nawet na niej ta koszulinka trochę wisi.



Skąd aż takie luzy?
Na pewno częściowo ze względu na krój, ale to tylko jedna z przyczyn. Drugim powodem takich luzów jest moje jakże wspaniałe wykonanie :)

Tadam!

Na zdjęciu może nie widać zbyt dobrze ... ale szwy mają między 5 a 10 mm (cóż za dokładność) a krojone zapasy na szwy prawdopodobnie miały ok 1,5 cm. Ale co tam, jak się zaczyna szycie takie drobiazgi wydają się nieistotne, zwłaszcza dla 14 latki.
No przecież wyszło, prawda?
I całkiem dobrze się w tym spało :)
Tą koszulkę mam w szafie do dzisiaj i rzadko bo rzadko, ale nadal zdarza mi się w niej spać.

Na szczęście potem z szyciem było coraz lepiej :)
c.d.n.